Olympus Trip 35 - nowa zabawka

Olympus Trip 35

Bezlusterkowce wkraczają na salony od jakiegoś czasu. Marki Olympus na równi z Fuji wiodą prym w tym segmencie. Nie tylko w kwestii jakości obiektywów, szybkości pracy autofocusa czy nowatorskich rozwiązań usprawniających robienie zdjęć (np. 5-osiowa stabilizacja matrycy), lecz również dzięki designowi. To dzięki takim pierwowzorom takim jak Olympus OM, Trip czy Fujica ST bezlusterkowce sprzedają się lepiej niż lustrzanki.  Moda – czy design lubi zataczać koło – i teraz to właśnie się dzieje. Lata osiemdziesiąte czy dziewięćdziesiąte przodowały w krzykliwy kolorowy plastik, natomiast dzisiaj prestiż wyznacza styl retro, imitacja skóry (bądź prawdziwa jeżeli nie patrzy się na cenę) oraz czerń połączona z chromem.

 

Dzisiaj przedstawiam taki pierwowzór – Olympus Trip 35.

Jak przystało na aparat klasy przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych oczywiście jest to klisza, format 35mm, pełna klatka a jak ;), kompaktowa obudowa mieszcząca m.in. obiektyw 40mm ze światłem 2.8 (dzisiaj trzeba trochę wydać aby to był standardowy obiektyw), pomiar światła wbudowany w obiektyw, dwa zakresy pracy A-automat i manualny dobór przesłony.  Zakres prac ISO to 25-400, niby mało, ale to aparat Trip co oznacza, że ma sprawdzić się w naszych podróżach a jak podróże to słońce a jak słońce to ISO 400 jest w 100% wystarczające. A jak przyjdzie wieczór to mamy jeszcze zewnętrzny flash i sprawa załatwiona. Migawka pracuje w czasach 1/40 – 1/200 sekundy co w zupełności wystarczy do uchwycenia większości sytuacji.

Mój egzemplarz kupiłem na Allegro za 25 zł ;) ,….fakt był tak brudny jak by spędził wakacje w du… a nie na wakacjach, ale odratowałem go.

Na rozgrzewkę załadowałem film ILFORD PAN 100 (czarno biały), 36 klatek poszłooooo… i teraz czekam na wywołanie. Już niebawem zamieszczę zdjęcia. Jak i czy wyjdą zobaczymy.

Stay tuned!